Zimowe Jabłko

 

Pewnego białego zimowego poranka szedłem z moim synem przez głęboki śnieg. Było to kilka dni przed drugimi Świętami w jego życiu. Poskrzypywanie śniegu pod naszymi butami różniło się. Moje było agresywne i basowe, jego — lekkie i niepewne. Pod kasztanem zatrzymała nas jakaś starsza, gruba kobieta. Uśmiechnęła się pochlebczo jak niezamężna nauczycielka fizyki przed lubieżnym dyrektorem i dała mojemu synowi jedno jabłko.

Synek spojrzał na nią przestraszony.

— Co teraz powiesz? — spytała gruba kobieta.

— Nic nie powie — wtrąciłem się. — Jeśli dała mu Pani jabłko, by prosić o podziękowania, to lepiej niech je już Pani zabierze.

Ta jednak udała, że nie słyszy i kontynuowała suszenie dziecku głowy.

— Jak masz na imię?

— Bobi – powiedziało dziecko i zamrugało powiekami.

— A jak naprawdę masz na imię?

— Bobi.

— Borysław czy Bogumił? — nie przestawała bezczelnie.

— Jego prawdziwe imię to Evlogi Giorgiev — odezwałem się znowu. — Ale się przedstawia jako Bobi, ponieważ nie chce się obnosić z tym, że sfinansował budowę uniwersytetu.

Grubaska spojrzała na mnie, a jej wzrok mówił: „Idź w cholerę”. Uśmiechnąłem się. Mam cię, babo, nie możesz mi kazać iść tam skąd akurat przyszedłem.

— Kochasz tatusia? — kontynuowała prostacko.

— Tak — powiedział Bobi.

— Jak bardzo?

Dziecko podniosło rączki do góry i się uniosło na paluszkach.

Był najwyższy czas zakończyć te męczarnie. Objąłem dziecko, podniosłem i odszedłem najdłuższymi krokami, jakimi byłem w stanie.

Szedłem, dopóki nie zdyszałem się z wysiłku. Zatrzymałem się przy ławce, usiadłem i zapaliłem papierosa, aby się uspokoić.

Bobi usiadł przed ławką, upuścił jabłko i zagłębił ręce w śniegu.

— Ta-ti-ta-ta — powiedział.

Zrobiło mi się przykro. Ta grubaska tak mnie rozstroiła. Jakim człowiekiem trzeba być, jeśli ci przynosi przyjemność męczenie małych dzieci! Zadawać tępe pytania, by otrzymywać od nich głupie odpowiedzi.

W jaki groźny świat wysłaliśmy to dziecko!?

Całe życie ma odpowiadać na takie głupie pytania?

Co za prostactwo: Jak bardzo kochasz kogoś?

Jak bardzo, jak bardzo, jak bardzo, jak bardzo!

Nasze mózgi są tak skrzywione przez metry, sekundy, kilogramy, litry, że zaczynamy myśleć, że miłość też możemy zmierzyć.

Dlatego nasze dzieci mają dość. Ponieważ stale je przyciskamy do ściany i rozstrzeliwujemy głupimi pytaniami: W górę ręce! Jak się nazywasz? Kogo kochasz? Jak bardzo?

Potem zaczynamy stępiać ich głowy bezsensownymi cyframi – 62 litry, 260 kilometrów, 390 euro…

Nie przypadkiem Einstein wytknął język. Na pytanie „Ile?” nie ma sensownej odpowiedzi, poza podniesieniem rąk albo wytknięciem języka.

… Minęło kilka zim. Pewnego lata, kilka miesięcy przed trzydziestymi trzecimi Świętami w moim życiu, żona zadała mi pytanie:

— Jak bardzo mnie kochasz?

Uśmiechnąłem się i podniosłem ręce. Trzeba było wystawić język, ale nie zebrałem w sobie tyle odwagi. Co jak co, ale Einsteinem nie jestem.

Pytanie jednakże, zabrzmiało znowu.

— Jak bardzo mnie kochasz?

— Ta-ti-ta-ta — powiedziałem.

 

Przełożył: Patryk Pabich, student

Uniwersytet Łódzki

Wydział Filologiczny

Katedra Slawistyki Południowej

Redaktor: Diliana Denczewa

Korektor: Joanna Pietrzak

 

 historie-pl

КОМЕНТАРИ

Коментара


Вашият коментар

Този сайт използва бисквитки (cookies), за да Ви предостави възможно най-доброто потребителско изживяване. Ако продължите да използвате сайта, то вие сте съгласни с това. Научете повече

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close